Twórca "Bożego ciała" debiutuje w Hollywood. Jakim filmem jest "Rocznica"? Z pewnością nie spodoba się Trumpowi - CrowdMedia
Czternaście lat od premiery "Sali samobójców" i jedenaście od "Miasta 44" Jan Komasa debiutuje w Hollywood. Jak wypada jego "Rocznica"?

Czternaście lat od premiery „Sali samobójców” i jedenaście od „Miasta 44” Jan Komasa debiutuje w Hollywood. Jak wypada jego „Rocznica”? I czy to kino, które zasługuje na duży ekran?
Jan Komasa w USA
Jan Komasa to cudowne dziecko polskiego kina. „Sala samobójców” w 2011 r. pokazała zagrożenia, z którymi dziś boryka się wielu młodych ludzi i niejako zapowiedziała to, z czym wszyscy zetknęliśmy się w czasie pandemii COVID-19. „Miasto 44” było odważną próbą opowiedzenia o powstaniu warszawskim – ku przerażeniu niektórych pokazującą bezsens całego zrywu.
W kolejnych latach Komasa nie zawodził. „Sala samobójców. Hejter” to z pewnością opowieść z tego samego uniwersum co „jedynka”, ale wnosząca do niego nowe zainteresowanie reżysera – nierówności społeczne. Do tych jeszcze wrócimy.
Wszystko uzupełniało nominowane do Oscara „Boże ciało”, może nawet najlepszy obraz Komasy.
Doprowadziło to tego młodego twórcę do Hollywood i „Rocznicy”. Ponownie kina na czasie, dotykającego problemów współczesnego świata. Czy jednak twórca obu „Sal samobójców” poradził sobie z wyzwaniem kręcenia filmu nie w Polsce, ale w USA?
Szara myszka
Od razu ostrzegę, że to film, na który najlepiej udać się niewiele o nim wiedząc. Wszystko zaczyna się zresztą niepozornie: na przyjęciu z okazji 25-lecia małżeństwa Ellen i Paula pojawiają się nie tylko znajomi, ale też czwórka ich dzieci. Tyle że jedno z nich, syn Josh, przychodzi z nową dziewczyną, Liz. Młoda kobieta nie wzbudza początkowo dużego zainteresowania rodziny. Do czasu aż przyznaje się Ellen, że jest jej byłą studentką, a obie podzieliły przed laty poglądy.
Jak się okazuje, Liz opublikowała właśnie swoją książkę-manifest. I właściwie na tym najlepiej poprzestać opis fabuły.
„Black Mirror”, ale na dużym ekranie
O ile pierwszy akt sugeruje, że mamy do czynienia z opowieścią o kochającej się rodzinie, tak kolejne są ciosem w brzuch: znaleźliśmy się w antyutopii – w jednym ze światów, jakie lubią nam przedstawiać twórcy „Black Mirror”. Nie chodzi tylko o zmiany, jakie na naszych oczach zachodzą w USA (trudno nie odnieść wrażenie, że ktoś tu nie lubi Donalda Trumpa), ale też dot. tego, jak postrzegamy poznaną na początku rodzinę.
I właśnie to jest w „Rocznicy” najciekawsze: obserwujemy nie tylko zmiany makro, ale też mikro. Bohaterowie okazują się nierzadko inni, niż pierwotnie się wydawali. Tak samo jak w przypadku „Hejtera”, Komasa zdecydował się pokazać nam, że nie ma ludzi bez skazy: kochający wolność słowa liberałowie potrafią być hipokrytami, marzącymi, gdy im to pasuje, o cenzurze, a nowoczesne kobiety sukcesu pozbawione kompletnie empatii względem swoich partnerów. Twórcy nie idą na łatwiznę – pokazują, że zmiany społeczne nie zachodzą bez powodu. Nie bez powodu wspomniałem o tym, że wrócimy tutaj to tematu nierówności społecznych.
Nie jest to kino bez wad
„Rocznica” nie jest jednak filmem pozbawionym wad. Jest to kino kameralne, bez oszałamiających zdjęć i popisów pracy kamery. A przecież w takich warunkach aż prosi się o jeden czy drugi mastershot. Netflixowe „Dojrzewanie” pokazało, jak wiele można tym zabiegiem osiągnąć.
Komasa miał zresztą pomysł, by w jakiś sposób uatrakcyjnić nam seans, przetykając poszczególne akty opowieść spotami społecznymi w TV, które pozwalają nam zrozumieć, jakie zmiany zachodzą w USA. Po prostu szkoda, że nie ma tego tutaj więcej.
Trudno krytykować grę aktorską całej obsady, choć najbardziej wyróżnia się grający Josha Dylan O’Brien („Caddo Lake”) – może dlatego, że jego bohater przechodzi najciekawszą przemianę.
Podsumowując, „Rocznica” jest dobrym debiutem polskiego reżysera w USA. Miejmy nadzieję, że następnym razem otrzyma od studia większy budżet i – podobnie jak w „Mieście 44” – będzie mógł bardziej rozwinąć skrzydła.
Udostepnij artykul
